W taksówce w drodze do domu zrozumiałam że już nie wracam do tego co było
W taksówce w drodze do domu z imprezy w mieszkaniu na Kazimierzu zrozumiałam że już nie wracam do tego co było. Nie wiem jak to ująć. Byliśmy z mężem na takiej "swojej" imprezie, drugi raz w życiu. Pierwsza była rok temu, niezbyt udana, prawie się rozeszliśmy w drodze powrotnej. Tym razem było zupełnie inaczej — bardzo wolno, dużo rozmowy, dwie pary, jedna spod Krakowa jedna z Katowic. Skończyło się dobrze. Mąż uśmiechał się w taksówce. A ja patrzyłam przez okno na Stradomską i myślałam — okej. Już nie udaję. Te dziesięć lat udawania że nie chcę tego co chcę — to nie był charakter, to była ucieczka. Wracamy do siebie i mąż śpi, a ja siedzę z kawą o pierwszej i piszę do was. Mam [K36], on 40, dwanaście lat razem, jedna córka 6 lat. Pytanie głupie ale szczere — czy taki moment przychodzi raz i się trzyma, czy on znika za tydzień i wracam do bycia "porządną" żoną. Bo nie chcę wracać.