Zdradziłam. Wybaczył pod warunkiem że otworzymy związek. To lekarstwo czy mina?
W Krakowie na wyjeździe służbowym, półtora roku temu. Raz, pod wódką, bez uczuć, bez wymiany numerów — ale fakt, w jednym pokoju hotelowym. Po miesiącu sama się przyznałam mężowi, nie wytrzymałam, nie umiałam się patrzeć w lustro. [K30], razem siedem lat, dzieci nie mamy, kredyt, kot, plany. Nie odszedł. Pół roku terapii par, każdy wtorek o siódmej wieczorem, znam imię ich recepcjonistki na pamięć. I w finale wymyślił dziwny warunek — zostanie, jeśli otworzymy związek. Logika: skoro mogłaś chcieć kogoś innego i nie wiedziałem, niech już lepiej będzie z moją zgodą niż za moimi plecami. Sobie też pozwala, symetria. Osiem miesięcy. Mamy po dwa kontakty, w obu wypadkach z ostrożnymi kulturalnymi parami, wszystko z zabezpieczeniami, wszystko po zasadach. Wewnątrz — czarnia. Czuję że on to zrobił nie dlatego że chciał, tylko żeby kontrolować mnie przez równość. Kiedy on się z kimś spotyka — jest chłodny przez kilka dni, chodzi obok jak obok mebla. Kiedy ja — niby spokojny, gra opanowanego, ale w nocy nie śpi, słyszę. Czy to w ogóle działa po zdradzie? Czy my po prostu odkładamy rozstanie pod ładną nazwą? I jak odróżnić — co leczymy, a co dobijamy?